
widziałem świat, który walił się w posadach,
pełen brudu, chaosu i roztargnienia,
ludzie w milczeniu czekali
na świt
mający być zalążkiem nadziei…
nagle krzyknął ktoś:
dosyć mam niezasłużonych braw
zachłannych dłoni, które zbliżone do siebie
nie potrafią ułożyć się w pochwalny kształt istnienia,
dość gałęzi nadłamywanej, niepodanej w porę ręki,
czas zerwać tą kurtynę niemocy
niech dłonie życzliwe przyniosą spełnienia dar,
niechaj SŁOWO zyska
siły sprawczej moc
i stało się –
w jednej chwili umilkł
wszelki skowyt zawodu i niedowierzania,
świat wystrzelił harmonią jaskrawych barw
i rozłożył szeroko ramiona obfitości
i rozkwitu wszelkiego dobra