ta wieczorna mgła

ta wieczorna mgła
podając nam nasze dłonie wzajemnie
wyznacza granice naszego maleńkiego świata
wynajętego na krótką chwilę –

wśród szczebioczących kaczek
stoimy milczący
jak samotni rozbitkowie,
porzuceni nad niczyim stawem,
zasłuchani w ciemność,
jakby nagle odnalezieni –

samotność może w momencie stać się sierotą,
niechcianym przybłędą, który schronił się przed deszczem pod mostem –
ta myśl jak rozbłysk
jest dziwnie radosna i pełna nadziei,
jak dobrze że tu jesteś –

kiedy dom otwiera ochoczo swe ramiona
zapraszając do nigdzie-krainy
czas staje się dla nas wymiarem nieznanym –
tej nocy świata wokół nie będzie wcale
jedno 'razem’ jest wszystkim co mamy
i to wystarczy…

bliskość wlewa się w nasze żyły jak wino,
w kieliszkach niewypowiedziane pragnienia i nienazwane sny,
tonące w czerwonym płynie bez śladu –

jesteśmy jak ptaki bez skrzydeł
uwięzione w niewidzialnej klatce,
z sercami wyśpiewującymi opowieści
o gwiazdach pochodzących z najdalszych galaktyk,
a jednak wolni –

w ciemności która wie o nas wszystko,
chłonę twe piękno skrycie,
gdybym mógł dać ci kwiaty, byłyby ich tysiące,
nie mam jednak nic,
prócz stęsknionych dłoni
oraz ust drżących niespełnieniem…

gdy tak się uśmiechasz,
uwielbiam, noszę cię w sobie,
tak piękna jeszcze nigdy nie byłaś,
adoruję cię, choć o tym nie wiesz…

i tak bliska,
zbyt bliska,
podajesz mi owoc, którego nigdy nie spróbuję –
czy byłabyś szczęśliwa
gdybym był mostem, który nie prowadzi na drugi brzeg?

gdy nadejdzie świt, świat pozostanie ten sam,
lecz ja będę już inny
i nigdy się nie dowiem
czy czułaś wtedy
to samo…