
slońce ty moje,
co na widok gęstniejących ciemnych chmur
zadajesz kłam zwątpieniu
niegasnąca pochodnio,
co tysiące gwiaździstych ramion masz
łaskawe słońce, gwiazdo codziennością złocista,
co subtelnie unosisz brew, znikając za horyzontem,
jednak nigdy na stałe
wskazówko moja, by podążać za światlem
bez jednego westchnienia,
jedynie ze wzrokiem utkwionych w cel
nadziejo bez czczych powątpiewań,
nierozpoznana odpowiedzi na niepokój tego świata,
świetlisty, cierpliwy przewodniku:
czasem nie wiem dokąd podążam…
kierując się ku twym brzegom jak ku niebiańskiej plaży,
czekam na ten najważniejszy rozbłysk
na ten jeden promień, który jest prawdą o mnie samym,
by wreszcie pojąć że warto czekać
i dlaczego chcąc biegnąć szybciej,
przestawałem zmierzać w dobrym kierunku
łudzę się, ze pewnego dnia nie zajdziesz,
ze odwrócisz swój pozorny pęd
i wzejdziesz ponownie w tym samym miejscu,
gdzieś zaszło
a gdy wreszcie ostatecznie będę mógł spojrzeć
w sam środek tego strumienia,
kiedy zacznę gasnąć
opuszczając ciemność, której nie dostrzegam,
wtedy wypowiem:
synestezja: słyszę cię słońce, smakujesz mi jak nic
i zrozumiem odpowiedź:
„zaufaj sobie, tylko przed siebie idź”