
w jesienny chłodny poranek
napełniłem moją filiżankę słońcem,
było rozkosznie sycące
i przyjemnie rozgrzewało od środka
potem nagle zapragnąłem zostać świecą,
tylko po to,
żeby inni mogli podejść
i choć trochę ogrzać się światłem…
a kiedy jako błądzący szukam odpowiedzi
nie tam gdzie powstała ciemność,
tylko tam gdzie jest najjaśniej,
wołam do ciebie:
światło nieustające,
krzepiący ty promieniu nadziei,
słońce życzliwością natchnione,
co nie dajesz sobie spojrzeć w oczy,
ciągle zwracam ku tobie moją twarz,
jedynie po to,
by cień mieć zawsze
za sobą