nie wypowiadając

jego na wpół rozpostarte skrzydła
przyciął wiatr,
całego do ziemi przydusił,
zanim poznał lotu parabolę,
upadł,
próbując wtulić głowę
w skrzydła upadłych obok aniołów,
samemu będąc
jednym z nich…

i tak pozostał z tym,
czego nie objęły jego ramiona,
pozbawiony złudzeń, niewzruszony,
beznadziejnie czekający,
odsuwający sprzed oczu horyzont codzienności,
zagarniający co jeszcze pozostało
i co w objęciach się nie zmieści…

a potem wyszło słońce,
wielka jak widnokrąg łuna światła,
która go pochłonęła
i wszystko co złe,
minęło

nie wypowiadając słowa
utonął w zachodach słońca,
tylko po to,
by zrozumieć
że sam jest słońcem…