zwierzę

Wychowałem samotnie córkę. Nie dało się inaczej. Trwało to prawie 20 lat. Jak na mężczyznę mam akurat takie predyspozycje emocjonalne, że było to możliwe bez przesadnego wysiłku. I w całym tym, raczej świadomym, procesie wychowawczym, niepozbawionym egzystencjalnych nużyzn, robiłem co mogłem, żeby zachować bezatencyjny dystans, a córce pozostawić tak wiele wolności, jak to tylko możliwe. Zadziałało.

Jest mądra, posiada empatię, dokonuje w życiu dobrych wyborów. Czuje się kochana. Potrafi być szczęśliwa. Nie ma kłopotów z poczuciem własnej wartości. W trudnym etapie dojrzewania została psychicznie porzucona, oczywiście nie przeze mnie… Póki co, radzi sobie, przechodząc każdy trudniejszy okres w życiu z emocjonalną zaradnością.

Największym dla mnie komplementem, a właściwie nagrodą, poza tą nośną informacją o „najlepszym tacie na świecie”, było zdanie, które przemawia do mnie najbardziej: „Zawsze mogłam na Ciebie liczyć, a właśnie tego potrzebuje każda córka od taty!”

W tym roku, w wieku 23 lat, córka zamieszkała ze swoim partnerem, jednocześnie studiując, pracując i będąc odpowiedzialną za swoje życie. Wyraźnie coś się udało.

A teraz czas na krzepiącą puentę, która zrodziła motywację do tego obnażenia.

Jeśli czytają to wątpiące w siebie samotne mamy, szczególnie te przemęczone wtaczaniem pod górę zbyt ciężkiego kamienia samotnego rodzicielstwa – wiedźcie, dzielne kobiety, że jeśli facetowi udało się wychować samotnie córkę na piękną, dobrą, mądrą kobietę, to Wy też dacie radę! Nie przesądzając czy to dobrze, czy źle, powiem bez nadęcia, że ten czas przeleci bardzo szybko. Po latach odwrócicie się za siebie i patrząc na swoje dziecko przyznacie, że warto było! Tak będzie.

I to tyle. Że się tak zwierzę 🙂

A nomen omen 'zwierzę’ widoczne na zdjęciu, spotkałem na Orlej Perci, to urocza kozica tatrzańska.