rysy

Czy da się wbiec na Rysy?

TL;DR
Da się zbiec.

Decyzja podjęta. Pobudka 3:30, ogarnięcie się i dojazd. O 8.00 jestem na parkingu w Palenicy Białczańskiej. Za późno. Wokół już tłumy, parking zagęszcza się od aut z każdą minutą. Szybko przechodzę przez kasę i wbijam na asfalt do Morskiego Oka.

Biegnąc spokojnie pod górę, mijam tabuny ludzi w ilości porównywalnej do tej z Krupówek. Robiąc pierwsze zdjęcia, w godzinkę jestem pod schroniskiem. Tam też już pełno. Pozowanie do zdjęć nad Morskim Okiem, wiadomo, całe grupy rodzin, dzieci, fotki w kierunku bardziej malowniczych widoków w tle. Przedzieram się i ruszam dalej.

Przy Stawie pod Rysami jestem w 2 kwadranse. Kilka fotek i jazda. Zaczyna robić się coraz stromiej. Trudno w takich warunkach sprawnie biec, ale zasuwam wielkimi krokami w tempie, starając tam gdzie mogę mijać kolejnych turystów. Od ostatniego stawu jest ich mniej, ale jednak nadal sporo. Stromizny robią się coraz większe, proporcjonalnie do coraz piękniejszych krajobrazów. Nie można nie przystanąć, podelektować się nieco widokiem. Nie jestem na szczęście na zawodach, mam czas. A widoki, no cóż, myślę, że zdjęcia jak zwykle nie oddadzą tego, co się widzi na żywo.

Robią się już naprawdę ostre podejścia, zaczynają się pierwsze łańcuchy. I ciekawe rozmowy z mijanymi osobami. 8-letni chłopiec wchodzący z rodzicami jest bardzo zadowolony i dumny z siebie. Z łańcuchami – tego mogłem się spodziewać o tej porze – rozpoczynają się pierwsze korki w wąskich gardłach, przepuszczanie schodzących w dół, osoby bardziej ostrożne, idące wolniej w górę itd. Niestety, pomimo, omijania takich przewężeń, nie udaje mi się wiele nadrobić, czasem nie ma po prostu jak.

Pogoda zmienia się co 5 minut, raz jest piękny słoneczny widok z panoramą na szczyty, za chwilę chmury przykrywają wszystko i nie widać zupełnie nic. I tak w kółko. Ale nie pada.

No, wreszcie, jest szczyt! Rysy, 2499m. Na samej górze jestem po ~3,5h od ruszenia z okolic schroniska. W takich warunkach nie dało się chyba szybciej. Co ciekawe, na górze jest ciepło i prawie wcale nie wieje. Chłodniej robi się jedynie wtedy, gdy się zachmurzy. Jestem cały mokry, więc jeszcze się ubieram. Na szczycie spędzam trochę czasu, chłonąć piękne panoramy wokół, posilając się i cierpliwie czekając na wolne miejsce na zrobienie 1 fotki. W oddali widać słowacki, ciut wyższy szczyt.


No dobrze, to teraz na dół, powinno być szybciej. Mam dobre buty, nie boje się wysokości, jest pogoda, może jakoś ominę tą rosnącą wciąż liczbę turystów. Tuż przy szczycie spotykam jeszcze ptaszka w typie wróbla, rozgląda się za okruszkami. Tutaj? Przeciskając się do zejścia przyglądam się obuwiu innych, większość ma przynajmniej proste buty trekkingowe, ale są też osoby w czymś w rodzaju sneakersów. Ruszam. Przede mną kilka tysięcy schodów.

Niestety, łańcuchy oblężone, wahadło: schodzący/wchodzący działa jak wcześniej, ludzi jeszcze więcej, no trudno. Z miną kozicy górskiej tam gdzie mogę mijam łańcuchy i kolejne osoby. Staram się nie przeszkadzać, nie straszyć nikogo moim szybszym poruszaniem się w dół. Górom należy się szacunek, nie zamierzam niepotrzebnie ryzykować, ale sprawnie się przemieszczać. Z boku wygląda to chyba jednak na ostatni bieg szaleńca-samobójcy, sądząc po tekstach, które słyszę za plecami. Im niżej jestem, tym luźniej się robi. Widzę parkę na drodze mniej więcej w 2/3 odległości do szczytu, dziewczyna płacze – „Żadnych pier….nych gór, nigdy więcej” – szlocha. Jaki powód ją tu przygnał? Z chłopakiem ustalają, że będą jednak schodzić. Zamieniam z nimi kilka słów, staram się pocieszyć i ruszam dalej.

Robi się puściej, dobrze jest. Teraz zbiegam już konkretnie, szybko, a i nachylenie stoku jest moim sprzymierzeńcem. Przy Stawie pod Rysami tłumy, pstrykają fotki na tle stawu i szczytów. Zbiegając niżej zauważam, że robi się ciasno. Czas na sprawny zbieg w trybie kozica górska pro, z pełnym slalomem. Staram się nie wpaść na nikogo i nikogo nie stresować. Mam ciąg i odpowiednią prędkość, jednak co jakiś czas na zakrętach, trochę mnie rosnący tłum spowalnia. Większość już schodzi, ale niektórzy jeszcze idą pod górę, raczej pod Staw pod Rysami. Tam gdzie jest szerzej, droga przypomina mi jazdę sportowym samochodem i wyprzedzanie kolejnych wolniej jadących, i trwa tak długo, dopóki z naprzeciwka nie wyłoni się kolejny zbliżający się pojazd. Znaczy turysta. Na szczęście mam łatwość w szybkim poruszaniu się po kamieniach bez obaw o skręcenie kostki, choć robię czasem niemal akrobatyczne susy.

Zmęczenie mięśni daje się powoli we znaki. Na poziomie Morskiego Oka jest szerzej i dużo łatwiej się też biegnie. Przy schronisku jestem w 1,5h, licząc od szczytu. Dobry czas. Kolejny postój, cola, baton, izo, woda, wszystko naraz. Lecę.

Teraz asfalt, w dół powinno być łatwiej. W nogach mam wejście na szczyt i zbieganie. Ta ilość uderzeń o każdy schodek w dół trochę dała mi popalić. Mijam tabuny ludzi, całe rodziny z dziećmi, wózkami, czasami z ledwością, nie zwalniając, slalomem udaje mi się obiec poboczem zwarte grupy. Ścigam się z górskimi dorożkami, no, koniom w dół też łatwiej. Na wozach gdzieniegdzie młode osoby, chłopaki po 20 lat, hmm.

Jeszcze chwila refleksji, jestem po raz drugi przy Wodogrzmotach Mickiewicza i jest, koniec. Wyszło 26,5 km, z tego około 15,5 km to sam asfalt. Z przerwami na tłumy, korki, postój na szczycie, posiłek, delektowanie się widokami, fotki, odcinek tam i z powrotem, z parkingu na parking, zrobiłem ten dystans w 8h. Nie najgorzej, biorąc pod uwagę ilość ludzi. 2h asfaltu, 1h postojów, 3,5h pod górę spod schroniska, 1,5h na dół ze szczytu do Morskiego Oka. Następnym razem zaczynam najpóźniej o 5.00.