
Miała niezwykły dar. Potrafiła szczególnie umiejętnie dobierać słowa. Nazywać swoje stany emocjonalne z wyjątkową precyzją. Budowała piękne zdania, pełne treści i znaczeń. Robiła to bez nadęcia, przesadnego skupienia się na sobie i oratorskich popisów, choć miała w tym obszarze ogromny potencjał. Pisała pięknie, robiąc na innych wrażenie, szczególnie na tych mniej pisarsko wyrobionych. Mimo, że pozbawione nadmiernej egzaltacji uczucia przelewała w plastyczny sposób na papier, mało kto wiedział o niej cokolwiek.Ta anonimowość online w social media, pośród zajętego sobą tłumu, była urocza. Coś, co możnaby nazwać pięknym sercem, biło w niej wytrwale i każde uderzenie, choć miarowe, wydawało się brzmieć inaczej.
Wszyscy mają problemy, wszyscy skupiają się w jakiś sposób na sobie, w gruncie rzeczy jednak mało kogo obchodzi drugi człowiek. W kontaktach z innymi szukamy jakiejś korzyści, choćby nagrodą miała być tylko informacja zwrotna i odpowiedź na pytanie: „Czy jestem wystarczająca?”. To naturalne, powszechnie akceptowane i zrozumiałe.
Ona była inna. Nie zależało jej, by tamci wiedzieli, by ją znali. Nie szukała potwierdzenia, czyjejś akceptacji, nie budowała w ten sposób poczucia własnej wartości, nie stymulowała dopaminy. Chciała żyć świadomie, być niezależna od czynników zewnętrznych i kogokolwiek. Na tym poligonie emocji, ostentacyjnie wydawała swym wrogom broń i amunicję, a jej odporność psychiczna i wytrwałość, rosły z każdym dniem. Była w procesie, rozwijała się. Swoją karawanę prowadziła w roli lidera, uznając, że niech szczekają, jeśli się tacy znajdą.