czas nie zawsze leczy rany

Czas nie zawsze leczy rany, czasem je zadaje. Wiedział, że coś się dzieje. To był sygnał z innego wymiaru. Transcendencja.

W tym miejscu widywał wcześniej jedynie samotne ptaki. A jednak zobaczył tam ją. To jakieś szaleństwo! Skąd nagle wzięła się na jego plaży?

Stała samotnie i wpatrywała się w horyzont. Wydawała się spięta. Pełna ambiwalentnych sprzeczności. Podszedł bliżej. Drżała. Objął ją ramieniem. Usiedli na piasku. Powoli się uspokajała. Po kwadransie uszło z niej napięcie. Rozluźniła się. Popatrzył na nią. Wzrok miała utkwiony w miejsce, gdzie przed chwilą zniknęło słońce.

Wydawało się, jakby barwy ześlizgując się z nieba, jak kolorowy obrus z brzegu stołu, wlewały się w ich wnętrza i przenikały do głębi. Coś zmieniało się. Było potężne, nie do opanowania i przekraczało chłodny osąd. Powoli zapadał zmrok, nigdy jednak wcześniej nie wydawał się tak podobny do świtu.

Wiedział, że nie musi nic mówić. Ona czuła dokładnie to samo. Tajemniczy spokój. Że wszystko wokół jest i nic nie trzeba robić. W milczeniu kontemplowali fale oraz huczący wiatr. Nie wiedzieli co ich czeka, ale w tej niepewności byli razem. Coś musiało się wkrótce wyjaśnić.

Wszystko niedługo wróci do normy. Czas znów będzie mógł leczyć rany. Wystarczy tylko zaczekać.