
Moja babcia (właściwie była to prababcia) miała na imię Marta i posiadała ogródek działkowy. Chodziła tam do ostatnich lat swojego życia, nawet w wieku 90 lat. Uprawiała w nim owoce i warzywa, miała też kwiaty. Spędzała tam codziennie wiele godzin, wracając późno do domu po całym dniu pracy.
Będąc nastolatkiem, spędzałem w jej ogródku mnóstwo czasu, m.in. wspinając się po drzewach i objadając gruszkami, jabłkami oraz śliwkami. Owoce były naprawdę pyszne – bez żadnych nawozów i wspomagaczy, soczyste jak w raju.
W wieku 14 lat rozpocząłem swoją pierwszą nieformalną pracę, sprzedając na pobliskim targu owoce z ogródka babci. Były to m.in. śliwki węgierki, jabłka papierówki, gruszki klapsy i inne gatunki. Pamiętam, że pewna odmiana gruszek była tak duża, iż zaledwie trzy owoce ważyły w sumie około 1 kg. Z kolei całość zbiorów z jednego sezonu ważyła łącznie 1000 kg, czyli 1 tonę! A to wszystko z jednego małego, miejskiego ogródka działkowego, w którym rosło kilkanaście drzew. W sezonie, jeżdżąc codziennie małym wózkiem i z podręczną wagą, sprzedawałem zbiory na pobliskim targowisku. Miejsce to nadal istnieje, ale od lat jest już skomercjalizowane. Pusty asfaltowy plac dla działkowców zapełniły typowe budy z towarem. Cóż, w latach 80. taka forma sprzedaży miała jeszcze sens.
Druga babcia miała na imię Leokadia. Gdy byłem kilkuletnim chłopcem, zabierała mnie do Parku Śląskiego (który wtedy nazywał się WPKiW) na długie spacery. Tuż obok wejścia do Wesołego Miasteczka (obecnie to „Legendia”) wsiadaliśmy do wagonika wąskotorówki, która dojeżdżała do ostatniej stacji o nazwie „Przystań”, po drugiej stronie parku. Tam przesiadaliśmy się na mały statek, który pływał po pobliskim stawie (okolice Stadionu Śląskiego).
Ta babcia była w ogóle bardzo wszechstronna. Z lasów przywoziła ogromne ilości jagód, dokarmiała wszystkie okoliczne zwierzęta, a potrafiła też na przykład w wieku 70 lat wyjść z windy, która nagle zatrzymała się pomiędzy 12. a 13. piętrem w jej bloku na osiedlu Tysiąclecia.
Z kolei po 1 listopada zbierała bez skrupułów z cmentarnych śmietników wyrzucone, a jednocześnie niewypalone do końca znicze (to były jeszcze czasy komuny, deficyty towarów). U niej nic nigdy się nie marnowało. Potem wrzucała zebrany wosk do wielkiego gara, przetapiała go na kuchence gazowej, a następnie ponownie wlewała do szklanych, pustych i czystych zniczy. W ten sposób potrafiła zrobić nawet 200 sztuk, a wszystkie wyglądały jak nowe. Jako nastolatek sprzedawałem je potem swoim sąsiadom w bloku. To była moja druga praca w życiu – miałem wtedy 15 lat.
I tak, dzięki moim pracowitym babciom, dowiedziałem się, co znaczy inicjatywa, inwencja i… praca w handlu. Tak, muszę przyznać – obie babcie ustawiły mi życie. Obie nie żyją już od dawna. Dziś każda z nich miałaby grubo ponad sto lat. Wspomnienia…