
To był rok 1993. Na AWF-ie mieliśmy zajęcia z lekkiej atletyki, rzut oszczepem. Większość z nas już rzucała, ale jeden z naszych kolegów nie potrafił dorzucić na odległość dającą zaliczenie. No i nadchodzi jego ostatnia trzecia próba. Rzuca i… fantastyczna sprawa, wyszedł mu rzut życia. Oszczep leci i leci… I nagle słychać głośne: „Uwagaaaaaaaaa!!!”.
A z boku.
A z boku pola rzutni stali kumple i gadali, m.in. jeden zapaśnik, naprawdę przypakowany gość. I ten oszczep, zgodnie z prawem ciążenia, musiał kiedyś spaść. Ba, on nawet powinien się wbić.
I co się stało po: „Uwagaaaaaaaaa!!!”?
(krótka przerwa na zbudowanie napięcia)
Oszczep trafił zapaśnika… w plecy!!!
Tymczasem prowadzący nasze zajęcia doktor lekkiej atletyki oświadczył krótko: „Nie liczy się. Bo się nie wbiło”.
Nie wbiło się? Cooooooo??
Oszczepnik po swoim rzucie życia – cały zielony na twarzy. My wszyscy w szoku. Zapaśnik leży. Oszczep leży obok, no bo się nie wbił przecież…
Przytomna doktor lekkiej atletyki, która miała akurat zajęcia obok, widząc co się stało, podbiegła szybko, obejrzała ranę, wezwała karetkę. Na szczęście nic się poważnego bohaterowi nie stało, przyjął to na klatę, tylko z tej drugiej strony… Twardy jak skała! Ja wyglądałbym raczej jak przeciwnik Bruce’a Lee w „Wejściu smoka” po ostatniej walce, przebity na wylot – spokojnie można by mnie zawoskować i zrobić z obu stron wystającego oszczepu efektowny wieszak na parasole w Muzeum Narodowym.
Wydarzenie to obrosło legendą, wszyscy na uczelni wtedy chyba o nim mówili.
Pamiętaj więc, gdy przypadkiem ktoś rzuci w Ciebie nożem lub inną dzidą – nie liczy się, jeśli się nie wbiło.