
Na pierwszego stopa pojechaliśmy w czasach gdy na każdej europejskiej granicy sprawdzało się jeszcze paszporty, a wszystkie kraje Europy miały swoją własną walutę.
To był 1992 rok, istniała jeszcze Czechosłowacja, od zjednoczenia Niemiec nie minęły nawet 2 pełne lata, a od rozpadu Związku Radzieckiego – rok. Wreszcie po okresie smutnej komuny można było dostać bez wielkiego problemu upragniony dokument i – co najlepsze – efektywnie z niego skorzystać. Pojechaliśmy wygłodniali wrażeń. To były czasy gdy nie było jeszcze komórek, a telefon kontaktowy miał tarczę do wykręcania cyfr i znajdował się w domu naszych rodziców. Mieliśmy 19-20 lat, Europa czekała na podbój nas, Cyganów z Polski, a był on nieuchronny, niezaplanowany, ale musiał się powieść.
Zaopatrzeni w zakupione w kantorze waluty, marki, chyba też franki, liry, korony, guldeny, pesety + na wszelki wypadek wymienialne wszędzie dolary, pojechaliśmy z małym namiotem i karimatami na kilka tygodni do Raju. Nie pamiętam już dokładnie za jaką kwotę kupiliśmy waluty, ale była żałośnie niska. To był początek lat 90. Polska była jeszcze wtedy przed denominacją (1994), więc mieliśmy kwoty wyrażane w milionach złotych, ale we Włoszech nie wyglądało to wtedy lepiej (Euro do obiegu weszło w praktyce dopiero w 2002r).
Jako początkujący autostopowicze, chcąc zatrzymać auto, najpierw wyciągaliśmy dłoń i nią machaliśmy, bo tak się jeszcze wtedy w Polsce robiło, ale ponieważ to nie działało, szybko połapaliśmy się, że trzeba działać szablonowo, po europejsku tj. kciuk w górę i jazda.
W tamtych czasach ludzie z Europy Zachodniej byli dosyć ciekawi tych ze Wschodniej, a kierowcy nie bali się brać pasażerów, chętnie rozmawiali, choć czasem zadawali pytania, jakbyśmy przybyli pospiesznym z Jowisza.
Jechaliśmy zwykle tam gdzie nas chcieli wieźć, ale nasz cel i kierunek był jeden: na zachód, gdziekolwiek w znane miejsca. Spotykaliśmy się z zaskakującą życzliwością, bywało, że kierowcy nie dość że nas podwozili, to czasem dodatkowo zbaczali ze swojej drogi, żeby nas podrzucić bliżej celu. Niektórzy załatwiali nam nawet przesiadki, to głównie kierowcy Tirów, przez CB radio – „gdzie dalej chcecie, bo ja tu zaraz zjeżdżam” – parking +przesiadka – i załatwione, jedziemy z kolejnym kierowcą. Byli też tacy, co brali nas na chatę, do siebie na nocleg, gdy zrozumieli, że tak naprawdę nie mamy gdzie spać, bo nie mamy zbyt wiele kasy. A spaliśmy gdzie się dało, głównie pod gołym niebem, na plażach, ławkach, w krzakach, w namiocie, na ulicy.
Najciekawszy chyba nocleg spędziliśmy pod Wieżą Eiffla, ale za to jaki! Spaliśmy z innymi kilkudziesięciu osobami z całego świata dokładnie pomiędzy czterema podporami (nogami) Wieży, leżąc na swoich śpiworach, zaglądaliśmy pomnikowi Paryża od dołu wprost pod sukienkę. Paryż, którym się oczywiście zachłystnęliśmy, wspominam tylko z jednego powodu słabo – gdy siedzieliśmy pod Łukiem Triumfalnym, człowiek o lepkich rękach, którego nigdy nie zobaczyliśmy, pożyczył od nas aparat bez pytania i już potem nie zwrócił (ciekawe kiedy odda, jeszcze czekam, ale powoli tracę cierpliwość). Z tego powodu druga część podróży z pierwszego wyjazdu minęła nam bez niepotrzebnego zawracania sobie głowy fotkami; w tamtych czasach – nie wiem czy to dla wszystkich oczywiste – był to aparat robiący zdjęcia, które należało wywołać, czyli zanieść do fotografa, żeby zrobić odbitki, po to, żeby zobaczyć czy w ogóle wyszły. Ile to było czekania. Jako, że tych ukradzionych zdjęć nigdy nie zobaczyliśmy, nie było nam ich po prostu żal, proste, klasyczne: win-win. No dobra, było żal i to jak, do teraz jest, zwłaszcza, że dalsza podróż też już odbyła się bez aparatu, a z tysięcy przejechanych kilometrów nie ma żadnej pamiątki…
Raz wiózł nas taki wzorcowy – jak niegdyś metr z Sevres – ćpun, po którego podłodze auta walała się chyba cała dostępna farmakologia narkotykowa Europy, jeśli chodzi o różnorodność, od strzykawek, blantów, cracka czy innego stuffu. Wziął nas na jednym wjeździe autostrady i wysadził zaraz na kolejnym, 2km dalej – piękna to była podróż, nie zapomnę jej nigdy.
Inny z kolei kierowca miał w samochodzie wróbla, który podczas jazdy sobie latał, czasem siadał centralnie na kierownicy, a gdy na postoju właściciel go wypuszczał, ten wracał siadając mu na ramieniu, jak jakiś tresowany jastrząb z dokumentalnego filmu przyrodniczego, z głosem Krystyny Czubówny w tle, oczywiście.
Na stopie spotkaliśmy wielu ciekawych ludzi, np. Australijczyka, z którym jeździliśmy razem chyba ze 2-3 tygodnie, a który przeklinając mówił zawsze „Gypsy bastard” – już wtedy podejrzewaliśmy, że miał na myśli któregoś polskiego polityka XXI wieku trzydzieści kilka lat później, ale do teraz nie wiem którego.
A jak mnie (chyba po spaniu w jakichś zaroślach) ugryzł komar, to mi się zrobiła taka spuchnięta warga, że mi się usta nie domykały i wyglądałem jak po pierwszym, nieudanym zabieg botoksu wykonanym przez początkującego praktykanta w gabinecie medycyny estetycznej gdzieś w centralnej Albanii.
Na drugim autostopie przeprawialiśmy się ze Szwecji do Danii, a ponieważ nie było wtedy jeszcze połączenia lądowego między tymi krajami, po drodze zaliczyliśmy 45-minutową podróż wodolotem (Szwecja/Dania) oraz podróż największym promem jakim miałem okazję podróżować, płynącym przez Wielki Bełt i mogącym, poza ogromną iloscią samochodów i podróżnych, zabrać 4 pociągi na pokład (odcinek: Korsor- Nyborg). Teraz jest tam już pełnowartościowa dwupasmowa ekspresówka, wtedy była jeszcze w budowie, a nie chciało nam się czekać na jej ukończenie, no jakoś tak dłużyło się. No ale nie wszystko się tak elegancko pozmieniało, bo na przykład między Polską a Szwecją nadal nie ma żadnej autostrady, autem trzeba nadal wjeżdżać na prom i płynąć, więc słabo.
Spaliśmy też m.in. przez kilka dni na plaży w Cannes, tuż obok słynnego budynku filmowego festiwalu, ale żadnego filmu nie zaliczyliśmy, no może z wyjątkiem tego, który się nam po degustacjach i zmęczeniu urwał. A jak jeden z nas zgubił paszport wsiadając do samochodu to trochę nomen-omen 'zachodu’ zajęło zanim go dostał z powrotem (paszport, nie samochód).A to dlatego, że na szczęście, zauważyliśmy go leżącego na poboczu (ten paszport, nie kumpla), zanim sami nie odjechaliśmy kolejnym autem. Bez paszportu nie dałoby się przecież wjechać do Polski, choć brzmi to teraz dziwnie.
Pijąc wodę z różnych dziwnych miejsc typu toaleta czy nawet z plażowego prysznica, jedząc niewiele, bo nie było nas prawie na nic stać, ale kąpiąc się w bezpłatnych – na szczęście – morzach, byliśmy beztrosko szczęśliwi. Biedni studenci z Polski i nieograniczone niczym możliwości zobaczenia w krótkim czasie Oceanu Atlantyckiego czy Lazurowego Wybrzeża – były dla nas spełnieniem marzeń.
Paryż, Wenecja, Amsterdam, Bruksela, Zurych, Barcelona, Monachium, Sztokholm, Kopenhaga, Monako, Rzym, te i wiele innych dużych i mniejszych miast, które zwiedziliśmy bez własnego transportu, pokonując jakieś kilkanaście tysięcy kilometrów w ciągu 3 kolejnych wakacji w latach 1992-1994.
W tamtym czasie Europa Zachodnia powoli zaczynała testować rozwiązania przekraczania granic bez kontroli np. po zmniejszeniu prędkości samochodu na granicy, ale pamiętam, że np. w Beneluxie, jadąc autostradą z Holandii do Belgii, czy odwrotnie, poznawaliśmy, że jesteśmy w tym drugim kraju po ustawieniu latarni, w jednym kraju były one po brzegach jezdni, przy poboczach, a w drugim leciały środkiem, pasem oddzielającym kierunki (zresztą jest chyba tak nadal). Teraz to norma, ale wtedy taka granica, która miała charakter tak umowny jak tylko się dało, była dla nas szokiem – „jadę sobie, mówię ci, bez zatrzymywania autostradą, kierowca mnie wiezie, hehe, i nagle patrzę a jestem w innym kraju” – w praktyce układ z Schengen o swobodzie poruszania zaczął w kilku krajach obowiązywać od 1995 roku.
Jak już piliśmy piwo lub wino to tylko tanie, z wyboru oczywiście, bo wybór był jeden, zgodnie z zasadą, że trzeba kupić takie, żeby starczyło na jedzenie np. na pieczywo.
W Monako chcąc kupić chleb, kupiliśmy jakaś babkę piaskową i szybko okazało się, że szprotki z ciastem trzeba będzie zjeść w rytmie nieopublikowanego wiersza zaczynającego się od słów: „jem babkę z szprotą, zrzygam się na złoto”.
Już wtedy myśleliśmy o polskiej ekologii i naszym kraju jaki zostawimy kolejnym pokoleniom, bo kupiliśmy w Polsce tyle puszek z żarciem typu pasztet, rybki czy inny paprykarz szczeciński, ile daliśmy radę zmieścić do plecaka, ale puszki wyrzucaliśmy już zagranicą – no jakoś nie woziliśmy ich już z powrotem, czyli 2w1: ekologia + lekki plecak z powrotem – sprytnie, c’nie?
Autostop w latach studenckich pod koniec XX wieku to podróż bez zobowiązań. Mieliśmy mnóstwo czasu, nigdzie się nie śpieszyliśmy, spaliśmy gdzie chcieliśmy, jedliśmy co było, piliśmy co dało się przełknąć a było tanie i nie przejmowaliśmy się pogodą, bo zawsze była. I robiliśmy wszystko, żeby się to za szybko nie skończyło. A przy tym żadna aplikacja nie wiedziała gdzie jesteśmy, #alejakto. Rodzice w sumie też, choć im jakieś kartki nawet wysyłaliśmy, pocztówki znaczy, znajomi też długo nie wiedzieli, a my sami też w sumie nie wiedzieliśmy gdzie dojedziemy, bo wszystko działało na pełnym spontanie ustalania z dnia na dzień. Jedno było pewne, w czasach gdy GPSem była papierowa mapa, zawsze udawało się nam dojechać w… ciekawe krzaki do przenocowania.
A jeśli było nas więcej i jechaliśmy różnymi samochodami to umawialiśmy się w wybranej wcześniej miejscowości pod kasą kolejową nr 1 i każdego dnia w godzinach parzystych – jeśli było trzeba to codziennie – czekaliśmy na siebie aż do momentu spotkania w komplecie. To może wydawać się teraz absurdalne, ale w czasach bezkomórkowych był to dla nas niezawodny sposób, żeby się ponownie odnaleźć.
Powróciwszy z wyjazdu byliśmy: niedożywieni, niedospani, opaleni i spełnieni. Wagowo – więcej obywatela wyjechało, mniej wróciło.
Te czasy już chyba nie wrócą, poziom zaufania do postronnych ludzi typu autostopowicz chyba znacznie spadł, ale też i chcących podróżować stać na więcej. Po co ktoś miałby się teraz jechać gdzieś daleko bez własnego auta, stojąc 2h w pełnym słońcu na 50-stopniowej asfaltowej patelni wjazdu autostrady z uniesionym kciukiem, czekając na oznakę litości jakiegoś kierowcy, jak ma tyle innych możliwości wyjazdu, może sobie kupić dowolne objazdowe 'all inclusive’ czy nawet własne auto. A granic ze szlabanami w tamtych miejscach już nie ma…
To były czasy, teraz nie ma czasów, człowiek miał jeszcze włosy, a z nimi wszystko w nosie. Choć nie mogliśmy sobie prawie na nic pozwolić, to mieliśmy wszystko co było nam potrzebne. Zadowalaliśmy się słońcem, morzem i byle jaką miejscówką.
To było ~30 lat temu. Ja tam byłem, piwo i tanie wino piłem, z podróży jednak na studia wróciłem, choć całkiem dobrze się bawiłem.
Aaa, jeszcze tylko niech ten złodziej z Paryża odda aparat.
Po tym autostopie pełnym życzliwej pomocy obiecałem sobie, że jak tylko będzie okazja to też będę zabierał innych. Weryfikacja przyszła niedługo.
Jadę sobie sam autem z jakiejś imprezy, jest gdzieś 2:30 w nocy, ciemny las, leje, jest pusto i ktoś macha ręką. Rozglądam się, nikogo innego wokół, czyli – macha do mnie. Zwalniam, ledwo cokolwiek widać, stoi jakiś rzezimieszek. Obietnica dana, biorę go. Najeździłem się już w życiu, jestem spełniony, mogę umierać.
Okazało się, że wracał z wojska. Biedak z bliska wyglądał jak przymusowo wcielony do woja pacyfista po o jednej tzw. fali za dużo (wtedy jeszcze wojsko było obowiązkowe), słowem: jak prawdziwe nieszczęście. Ktoś go podrzucił kawałek i dalej szedł pieszo mokry kilka kilometrów, bez nadziei na podwózkę.
Aż w mroku nocy zjawiłem się ja, cały na biało, z moim wehikułem, całym na czerwono, i w barwach narodowych przyszedłem mu z pomocą jak polska husaria Wiedniowi.
Mając w pamięci te wszystkie przypadki uprzejmości które mnie wcześniej spotkały, zawiozłem go pod sam jego dom, zbaczając nieco ze swej drogi.
Nie wiem czy tym spłaciłem choć jeden dług podwożenia, ale pierwszych emocji, gdy zatrzymałem auto, żeby zabrać tego nieszczęśnika – a było to dość krótko po kolejnym obejrzeniu filmu Autostopowicz z Rutgerem Hauerem w roli głównej – nie zapomnę nigdy.
Wniosek: Nie każdy kto trzyma kciuk w górę w ciemności jest popularnym aktorem.